3 dni w Paryżu, 3 dni w Poznaniu, 3 dni w Krakowie, 3 dni w Londynie czyli Galicyjskim Ekspressem Przez Europę.

„Jeśli dziś wtorek, to jesteśmy w Belgii”, taki film, znakomitą komedię z lat 60 – tych mogłabym przywołac jako leitmotive moich ostatnich tygodni. Trasa „Panny Młodej” wiedzie, moim zamysłem, przez miasta, które łączy@galicyjskość. „Galicyjskość” to w moim słowniku, klimat bliski miastom, skąd moje korzenie - okolicom Krakowa i Lwowa lat 20-tych XX wieku, klimat sprzyjający książkom: królują wokół sztuka i literatura; kochają w tych miastach artystów i literatów, a ci odwdzięczają się pięknymi dziełami.

„Jeśli dziś wtorek, to jesteśmy w Belgii”, taki film, znakomitą komedię z lat 60 – tych mogłabym przywołac jako leitmotive moich ostatnich tygodni.
Trasa „Panny Młodej” wiedzie, moim zamysłem, przez miasta, które łączy@galicyjskość.

„Galicyjskość” to w moim słowniku, klimat bliski miastom, skąd moje korzenie - okolicom Krakowa i Lwowa lat 20-tych XX wieku, klimat sprzyjający książkom: królują wokół sztuka i literatura; kochają w tych miastach artystów i literatów, a ci odwdzięczają się pięknymi dziełami.[/i] W powietrzu unosi się smak dobrej kawy, świeżo parzonej aromatycznej herbaty. Możemy też napić się wina, ja np. lubię w Paryżu te z regionu St-Emilion, nie wiem dlaczego, ale we Francji niezły medoc kosztuje od ok. 15 euro, a w Polsce od 200 zł. Winem też raczymy się niespiesznie, pogryzając oliwki - w rynku czy na ulicy, patrząc na przechodniów czy rozmawiając z sąsiadem. W tych miejscach wyłącznie „biegam” - na świetne wystawy, koncerty, bo tym „żyje się” i o tym „mówi się”.. Poluję na piękne widoki, leniwe zwiedzanie, emocje wokół sztuki i literatury, towarzyszą mi niezywkłe rozmowy, spotkania ludzi wybitnych zwykłych i niezwykłym życiem żyjących i ludzi wybitnych w swoich dziedzinach.



PRZYSTANEK#1 PARYŻ


Przystanek#1. Paryż wita nas kawą i croissantami w najlepszej – wg mnie – piekarni na Rue Rivoli pod Luwrem. Jestem z 20 - latkiem, któremu urządzam urodzinowy „Grand Tour”. Moja Mama zabierała mnie w podróże artystyczne, wzorem króla Stasia i mam wszystkich panien i gentlemanów, od XVIII wieku począwszy, wychowywanych według poradnika Horacego Walpole’a, (oczywiście ten też miał wzorce, od antyku począwszy, do czego wrócę). Na Walpole’u wychowali się m.in.: i król Stanisław August Poniatowski i Byron, Słowacki i Churchill; autor zalecał w wieku dziecięcym i młodzieżowym: „objazd po najpiękniejszych miastach i miasteczkach Europy, a zwłaszcza Grecyji, Francyji, a tudzież najbardziej objazd Włoch się zaleca”..(tłum. własne).
Zgodnie z zegarem nowoczesnym, zresztą moje dzieci obwiozłam solidnie i „po Grecyji i po Francyji i po Włoszech”; tegoroczny Grand Tour „ściskam” do trzydniówki. W świecie wydłużonych weekendów, “citybrejkow” - to dla każdego niemal dostępne. Wszak możemy się udać – zwłaszcza tzw. tanią linią do wybranego miasta, znaleźć – posługując się np. niezawodnym tripadvisorem, lub blogami w „natemat” - niedrogi klimatyczny hostel z widokiem na kościół Mariacki lub na szare wody Arno, pogrążyć się w gwarze uliczek Zatybrza czy zaułków Sewilii. Jak Picasso możemy pić aromatyczną mocną kawę w najsłynniejszej kawiarni literackiej Deux Magots. Albo zapakować do kosza makaroniki, butlę wina Saint - Emillion, bagietkę, kilka serów, pasztety i zjeść na schodach Sacre Coeur romantyczny lunch z widokiem, skąd rozciąga się znacznie piękniejszy i pełniejszy Paryż, niż z wieży Eiffla. Możemy żyć jak tutejsi mieszkańcy, tzw. „lokalsi”; próbować specjały, pić wino i odwiedzać kino...
W Mieście Artystów – nie tylko Picassa, mieszkamy, niekoniecznie pod dachami, Paryża, w pracowni świetnej artystki polskiego pochodzenia, Elli Klemensowicz, której biżuterię noszą chętnie paryskie elegantki, też nasze - Kora czy Sarapata.


Ella osiągnęła francuski sukces; pracuje dla paryskich projektantów haute couture; tworzy barokową biżuterię na miarę szyi Marii Antoniny czy uszu Marii Leszczyńskiej - królowej Francji rodem z Polski. Uwaga – czy wszyscy wiemy o tym, że Polka urodzona w Trzebnicy była najdłużej panującą królową Francji - aż przez 43 lata zasiadała na tronie. Ten tron niemal dwadzieścia lat służył jej następczyni – Marii Antoninie. Wnuk Leszczyńskiej, Ludwik XVI zwany „Ostatnim” stracił głowę ze swą żoną Marią Antoniną. Dosłownie, pod gilotyną. Mąż Marii Leszczyńskiej, Ludwik XV, zwany „Ukochanym”, stracił głowę dla swoich metres - Madame de Pompadour i du Barry. No, ale cały świat, including Poland - lepiej zna od królowej z Polski rodem, jej rywalkę - de Pompadour, tę francuską mieszczkę, która tak rzadko sie myła, że zamawiała coraz to nowsze perfumy u ówczesnych „nosów”, aż, jak wspominał kronikarz dworski, wielu „dusiło się” w jej otoczeniu. Nic dziwnego, ponato fontanny rozpylały intesywnie zapach prawdziwych perfum, a wszystko i tak poszło na konto rozrzutności Marii Antoniny.


Królowa mieszkała z dziećmi w Petit Trianon. Chociaż mogła potomstwo oddać mamkom i dwórkom na wychowanie, a nawet tak nakazywał obyczaj na dworze królewskim; sama je karmiła i z nimi się bawiła. Oczywiście w przerwach na jedzenie ciastek, pikniki i zabawy. Znalazła też czas na portret z dziećmi, który namalowała najpopularniejsza portrecistka XVIII wieku, Vigee Lebrun. Królowa ma ostro czerwoną szminkę, piętrową koafiurę i cieszy się latem 1787, na 6 lat przed egezkucją, kiedy ma obok siebie jeszcze całą gromadkę dzieci. Kiedy przypatrzymy się jej bliżej (portret eksponowany jest w Wersalu), zobaczymy, że ma na sobie tony fluidu i pudru.
Przemysł kosmetyków kolorowych wiele zawdzięcza wspomnianej Madame de Pompadour. Kiedy źle wyglądała, zamawiała pudry, szminki i fluidy, tak że do perfekcji na jej dworze doprowadzono sztukę make-upu. Niewiele jej to pomogło, król znalazł sobie kolejną metresę - Madame du Barry.
Sophia Coppola, mieszkanka dzielnicy Łacińskiej przedstawia filmowe losy Marii Antoniny. Idę do paryskiego kina, niewiele później otwartego od tego na Bulwarze Kapucynów, gdzie w 1895 roku odbył się pierwszy pokaz twórców kinematografu, Braci de Lumiere. Idę na późny seans. Kino otwarte na przełomie XIX i XX w. działa; i nikt go nie zamienił na supermarket!
„Maria Antonina” Coppoli, to jest historia opowiedziana, może nie z taką siłą filmowego wyrazu, jak „Lost in Translation”, ale z brawurowo zagraną rolą tytułową przez Kirsten Dunst. To obraz osiemnstowiecznej feministki, wyzwolonej i wiedzącej, czego chce kobiety. Jej „Toinette” stara się znaleźć modus vivendi pomiędzy własnymi pragnieniami, dworskimi intrygami, nieśmiałym do imentu mężem, a powinnościami monarchini wobec zwyczajów dworskich i narodu. Scena, kiedy tłum dworzan ubiera nagą królową o mroźnym poranku, przerywana wejściem to nowej dwórki z większym prawem do ubierania monarchini, a ta godzinami marznie, bezcenna.
Sophie Coppola mieszka w Paryżu z mężem i często można ich spotkać w najsłynniejszej kawiarni literackiej świata Deux Magots. Wchodzę tam przejęta, słonecznego popołudnia, na wstępie pokazuję moją książkę. Od razu, jak za czarodziejską różdżką, a raczej książką, bo to świątynia Literatów; wszyscy stają się pełni atencji i szacunku. Szef Sali prowadzi mnie powoli do środka. Chcę stolik Hemingwaya, mówię. Nie zwracając uwagi, sadza mnie przy stoliku ..de Beauvoir i Sartre’a.
– „Tu będzie pani najlepiej”, mówi, dyskretnie oddalając się po wino, bardzo dobry rocznik wybrał T.

Jestem z T., kolegą ze studiów, francuskim beserwiserem. Mieszka tu od lat, wie wszystko o winie, Gauguinie, kinie i Leszczyńskich. Rozglądamy się, nad każdym stolikiem portret z adnotacją, kto tu siadywał, pisał, dyskutował. Ha, genius locci, jak mawiał Kantor unosi się w powietrzu i oszałamia. Pisali tu i Miłosz i Gombrowicz. Rozmpamiętywali polską sytuację i Giedroyć, Jeleński i Czapski. Bawiła się tutaj Królowa Paryża i Muza Modiglianiego, Appolinaire’a – Misia Godebska. Hemingway spierał się o „powieść totalną” z Gertrudą Stein. Tutaj Dora Maar poznała Picassa. Niemal codziennie siadywali tu ikona feminizmu; przy moim stoliku pisała „Drugą Płeć”. Była zawsze pięknie ubrana i umalowana, co ciekawe, a naturalne dla paryskich feministek. Siadywała tu wraz ze swoim życiowym partnerem, Paulem. Simone chętnie krytykowała ulubioną portrecistkę królowej Marii Antoniny - Vigee Lebrun, wyśmiewając jej „promaternistyczny” wyraz, który ponoć „bije” z obrazów Marii Antoniny z dziećmi. Cokolwiek to znaczy, co myślała Simone o portretach Vigee; Maria Antonina była dobrą mamą, jak wspomniałam. W ogóle się z nimi nie rozstawała, opowiadała im bajki, śpiewała kołysanki. Leszczyńska z kolei często odwiedzała rodziców w Nancy. Czytanie bajek dzieciom, śpiewanie kołysanek, odwiedzanie rodziców to zaprawdę niekrólewskie zajęcia, ale wspólne dla tych dwóch Marii, żon Ludwików, ostatnich królowych przedrewolucyjnej Francji. Nie poznały się nigdy. Leszczyńska umarła w 1768 w Wersalu, dokąd Marie Antoinette przybyła w 1772.

Czy rewolucja francuska zaczęła się od nienawiści i niesolidarności między kobietami?




Ludwik XV, po śmierci Marii, podobno ją kochał, podobno; samotny, podstarzały i znudzony dotychczasową metresą - Madame de Pompadour, która mimo zakupów sukni w cenie kilku wiosek, odurzających perfum i wielogodzinnego make-upu, już nie podobała się monarsze; obrał sobie nową, Madame du Barry. Maria Antonina za nic miała du Barry. Ja bym też nie poświęcała zbyt dużo uwagi pani du Barry, będąc Marią Antoniną. Du Barry, była kurtyzana, brzydko się ponoć wysławiająca, intrygantka i niewyedukowana, napuszczała wszystkich we Francji na siebie. Zemściła się za brak uwagi u młodziutkiej królowej i rozpętała aferę naszyjnikową, która miała udowodnić jak rozrzutna jest młoda monarchini. W kraju, gdzie króluje Plotka, podobno to właśnie du Barry puściła w eter słowa, które rzekomo miała powiedzieć Maria Antonina, a które tak wkurzyły lud Paryża, że po zburzeniu Bastylii przyszli po nią aż do Wersalu:
– „Nie mają co jeść - niech jedzą ciastka”.

Siedzimy w boulangerie pamiętającą czasy Marii Antoniny i jemy croissanty. Zastanawiamy się jak w trzy dni zobaczyć wszystko i nie oszaleć. Dla mojego dwudziestolatka Paryż otwiera się sezamem sztuki, w całości.
Wszystkie galerie narodowe, a jest ich wiele, dla wszystkich (sic!) obywateli Unii Europejskiej, do 25 urodzin, są za darmo. Viva La France! Czyli Grand Tour robi się na prawdę wielkie. A swoją drogą, ciekawe, czy to jest możliwe w wiodącym kraju Unii, której reprezentant jest „Prezydentem Europy”, by uwolnić zwiedzanie muzeów dla wszystkich, choć tak do 25. urodzin, jak we Francji? Albo jak w Anglii - bez ograniczeń wieku, na stałe? Walpole pisał, że dzięki sztuce i podróżom, podziwianiu obrazów, rzeźb i pięknych widoków, muzeów i galerii, możemy mieć szersze horyzonty; wszak wiadomo, że „podróże kształcą”..
Picasso, gdy pierwszy raz przyjechał do Paryża miał niemal dwadzieścia lat. Jego obecny równolatek, mój syn stoi w długaśnej kolejce do nowootwartego Muzeum Picassa. Fenomen hiszpańskiego malarza, który tak ukochał Francję (albo było na odwrót) zadziwia kolejne pokolenie historyków sztuki. Picasso kochał Francję miłością nieco nieodwzajemnioną. Kilkakrotnie zwracał się do władz o udzielenie mu francuskiego obywatelstwa. Nigdy mu go nie przyznano, był zbyt „komunistyczny”, był „anarchistą”, jak pokazują kilka lat temu opublikowane po raz pierwszy dokumenty. Ale czy był wielkim malarzem? No dobra, malował świetnie ostro załamujące się linie i wydatne usta wychodzace w trzy strony świata z jednej twarzy. Ale! Może to bardziej jego życie nas fascynuje, niż sztuka; te kochanki, rozwody, tyrania domowa, żarliwość w pracy i miłości? Na pewno, co widać na szkicach w muzeum paryskim, miał do perfekcji opanowany warsztat. Przejmuje nas podejmowana przez Picassa tematyka: wolność, macierzyństwo, obfita kobiecość. Patrzę na szkice do Guerniki, przypomina mi się gołąbek pokoju przygotowany przez niego podczas jedynej wizyty Picasso w Polsce, na komunistycznym kongresie we Wrocławiu, w 1948 roku. Rok później na świat przyszła Paloma (Gołębica).

Tekst linka
W muzeum Picassa uwagę przyciąga cykl fotografii jednej z wielu słynnych kochanek artysty, Dory Maar. Poznali się, jak wspominałam w Deux Magots. Oboje chętnie bawili się fotografią, często wspólnie z Man Rayem. Tu Dora uchwycila malarza podczas pracy nad Guerniką właśnie. Zamyślony, z wydatnym brzuszkiem, raz ubrany jak pierrot, raz jak wenecki gondolier w koszuli w granatowe poprzeczne pasy; a to w wymiętym garniturku; niby nie widzi obiektywu. Niepokojąco zielony portet Chorwatki o mesmeryzujących oczach, którymi uwiodła mistrza z Malagi, kiedy się poznali w Deux Magots, też możemy podziwiać w nowotwartej kolekcji. Uwagę przyciąga też Kobieta rzucająca Kamieniem (1931). Ciekawa, ostra w odcieniach terakoty kolorystyka i mocne pociągniecia impasto, nasuwają skojarzenia z „Pannami z Avignion”. Trzymam w ręku ceramiczny kamyk zielony, który dostaliśmy w prowansalskiej pracowni Mougins, gdzie Picasso spędził ostatnie lata życia i umarł. Dzisiaj to posiadłość Palomy Picasso. Dla jej mamy, Francoise Gilot, Picasso rzucił bez słowa Dorę Maar. Z domu w Mougins, roztacza się oszałamiający widok na Morze Śródziemne i na Cannes. Przysiągłabym, że czułam tam w powietrzu unoszące się perfumy..

Tekst linka
Paryskie muzeum Picassa - to główne, bo jest też na Montrmartrze, dzielnicy, którą ukochał, gdzie szalał z Appolinairem, Misią Godebską, Eluardem, Bretonem, leży w środku fascynującej dzielnicy Marais, w której się czuję jak na krakowskim Kazimierzu. Spacerem, pełni smaków i ochoty na Paryż po spotkaniu z twórcą Guerniki; możemy przysiąść, nieopodal muzeum na najlepszy kuskus w Paryżu, wychwalany przez kulinarnych krytyków New York Timesa, Guardiana czy Le Monde.
Chez Omar też powita nas czasem kolejką, ale wynagrodzi najlepszy aromatyczny kuskus w wersji królewskiej, najlepszy, jaki jadłam we Francji; poza krajami Bliskiego Wschodu, ergo warto. Kelner, do którego zagaduję po arabsku rozchmurza się od razu. Prosi o wybór mięsa – jagnięciny, kurczaka lub wołowiny. Do tego warzywa, bakalie, sosy i obowiązkowo harrissa. Kuskus smakuje obłędnie, a do do tego cena nie zabija apetytu (ok. 15 euro). Po posiłku młody Arab parzy tradycyjnie herbatę. Jego rytualne gesty odbijają się w wielkich kryształowych lustrach. Wystrój restauracji, bardzo paryski, pełen złoceń i zapadajacych się pod nami kanap; charakterystyczny jest dla brasseries i bistro. Oczywiście wszyscy wiedzą, skąd pochodzi nazwa „bistro”, dlaczego i do czego było tak spieszno arystokratom tłumnie przybyłym tu z Rosji, po rewolucji. Pobyt w Chez Omar przy rue de Bretaigne przypomina mi niespieszne delektowanie się smakami dzieciństwa, które opisuję w „Pannie Młodej”, gdzie podałam też swój przepis na królewski kuskus.
Następny dzień spędzamy w muzeum, którego nie było na mapie Paryża, kiedy przyjechałam tu po raz pierwszy z Rodzicami, w ramach Grand Tour. Pamiętam, że przyjechaliśmy tu niemal prosto z Luksoru, a tu w Paryżu, nieopodal naszego hotelu na placu Concorde ( na tym samym ścięto Marię Antoninę) stał bliźniaczy obelisk, który Napoleon ściągnął z Egiptu. Ba, kiedy pierwszy raz przyjechałam do Paryża, wtedy nie było też Piramidy przed Luwrem, a w tym samym roku otwarto Centre Pompidou.

-“Czy to było przed wojną”?, - pyta dziecię. Ha, odpowiadam, może nie przed II wojną światową, którą traktujemy jako cezurę wbitą do głowy, wojenną, świata „przed” i „po”. Bo na pewno przed kilkoma wojnami, które są ważne dla innych narodów i wydarzyły sie do końca lat 70-tych XX wieku. Krwawe wojny. Żołnierze tłumnie jechali pociągami i na te na wojny. Ciekawe ilu z nich odjeżdżało stąd właśnie. Z dworca, gdzie dzisiaj jest d'Orsay, najsłynniejsze muzeum sztuki nowoczesnej.

c.d.n.
Trwa ładowanie komentarzy...