O autorze
Nike Farida, Polka, która wychowała się w Libii.Chodziła do libijskiej szkoły dla dziewcząt, skąd ją relegowano, bo nie salutowała Kadafiemu. Studiowała historię sztuki na Uniwersytecie Warszawskim i w Londynie. Pracowała w branży PR i w amerykańskich korporacjach, m.in. w Warner Bros. Mieszka w Warszawie i w Londynie. „Panna Młoda” jest jej pierwszą książką i zarazem pierwszą częścią trylogii opowiadającej o wielopokoleniowej rodzinie, z Libią, Izraelem i Stanami Zjednoczonymi w tle. Kocha gotować i podróżować. Nie umie żyć bez pisania, czytania, sztuki i Morza Śródziemnego.

Galicyjskość Poznania, poznańskość Krakowa...

„Jeśli dziś wtorek, to jesteśmy w Belgii”, taki film, znakomitą komedię z lat 60 – tych mogłabym przywołac jako leitmotive moich ostatnich tygodni. Trasa „Panny Młodej” wiedzie, moim zamysłem, przez miasta, które łączy@galicyjskość. „Galicyjskość” to w moim słowniku, klimat bliski miastom, skąd moje korzenie - okolicom Krakowa i Lwowa lat 20-tych XX wieku, klimat sprzyjający książkom: królują wokół sztuka i literatura; kochają w tych miastach artystów i literatów, a ci odwdzięczają się pięknymi dziełami.

PRZYSTANEK @POZNAŃ& KRAKÓW

Po najdłuższym, na najkrótszym odcinku, locie pod fioletowymi tanimi skrzydłami budapeszteńskiego przewoźnika (przypomina mi się słynny tytuł dzieła Gaguina - Nevermore!!)na trasie Paryż - Poznań i braku przeprosin, czy chociaz wyjaśnień skąd 7 godzin opóźnienia, ląduję nocą na Ławicy. Z opresji ratuja mnie dwa piękne momenty:
– „Nike Farda, powtarzam Nike Fardia jest proszona do informacji”. Podchodzę. Mój znajomy, jeden z najlepszych na świecie hematologow, dr Dytfeld; zabukowali z żoną hotel nieopodal lotniska. Na informację nakłada się jakże miły, dla każdego twórcy, okrzyk:
– „Nike – ojej - leciałysmy razem. Mam książkę – poproszę o autograf!”.
Pytam taksówkarza, czy mogę zapłacić w w euro. Niechętnie. Patrzę bezradnie na zamknięty kantor. Pochodzę znowu do informacji, akurat wtedy, gdy znowu mnie szukają. Znajomi lekarze nie wyobrażali sobie mnie zostawić nocą na lotnisku. Za to kocham Poznaniaków. Za wielkopolską gościnność, grzeczność, poskładanie ekonomiczne i za „obowiązkowe” ciacho - jedne z najlepszych w Polsce słodkości do kawy poobiedniej. Za lekarzy też Poznań kocham najlepszych. Udaje mi się porozmawiac w sprawie bardzo chorego chlopca z Warszawy z profesorem Wojtalikiem, jednym z najwybitniejszych kardiochirurgow na świecie. Do niego na konsultacje przyjezdżają rodzice z dziećmi z całego świata. Jak każdy znany mi poznański lekarz, jest grzeczny, uważny, skupia się na pacjencie i jest znakomitym strategiem. Poznańscy lekarze powtarzają, że 50 % sukcesu to dobra diagnoza, a potem właściwe leczenie. Znam wielu poznańskich lekarzy. Najważniejszy to Tata, chirurg i doktor Judym w jednej osobie. Zawsze, jak do Religi nie przymierzając, była do niego kolejka pacjentów. Z Religą i z innymi znanymi mi lekarzami, których mogę policzyć do..do..do niewielu, łączy ich walka o życie pacjenta i o właściwy sprzęt. W Polsce niemal od razu idę na film „Bogowie”.
Powiem tak, pracowalam 10 lat w Warner Bros., czyli do filmów mam stosunek zawodowy, czyli „kiniarze nie płaczą”. Na filmie „Bogowie” płakałam dwa razy. Widziałam sporo filmów polskich na festiwalu w Gdyni.

-„To dobra dekada dla polskiego kina” - mawia Agnieszka Holland znajdująca się w czołówce światowych reżyserów. "Bogowie".





Mam nadzieję, że bez żadnych już kłopotów wystawimy ten film do wszystkich możliwych nagród filmowych świata, z Oscarem na czele. To chyba pierwszy tak uniwersalny film w polskim kinie od lat, zrozumiały w Paryżu i na prowincji w Teksasie tak samo, że w życiu najważniejsze jest być (dobrym) człowiekiem. I że każdy ma chwile wielkie i każdy ma chwile upadku. Najważniejsze, by w życiu mieć cel. I być przyzwoitym. Po prostu. Dla mnie Religa jest Bogiem, bo walczył jak lew z absurdami PRL-u, by ratować życie ludzkie. Był też Religa bardzo zwykły, ludzki właśnie. Miał cholerne słabości, ale umiał je ogarniać publicznie, jak lew, nie przymierzając kot właśnie. Pracowałam z Profesorem przy jednym z projektów. Razem weszliśmy do studia telewizji na Woronicza. Gościem był też bodaj prof. Zatoński. Program był o rzucaniu palenia. Co robił Religa przed wejściem na antenę, wszyscy mogą sie domyslać ogladąjąc film z kapitalną (marszczy sie jak on,chodzi jak on!!) rolą Kota. Profesor Religa wszedł do studia, siada na fotelu. Pada pytanie:

- „Panie Profesorze czy Pan pali, czy Pan rzucił palenie, wiemy, że jest to straszny nałóg, a pan ma tak stresującą pracę”, pytanie red. Schymalli zawisło niczym miecz damoklesowy w studio.
Profesor zmarszczył brew, odrzucił, niczym lew, tzn. Kot grzywę i stanowczo rzucił.
- Otóż rzuciłem pani redaktor, właśnie się udało!
Sala zamarła, potem brawa, program był „na żywo”. Na Poznań patrzę galicyjskimi okularami, bo tutaj dziadek ze Lwowa osiadł z moją Babcia z Krakowa. Prowadzili salon literacko – muzyczny i grali na cztery ręce „Kaprys” Brahmsa na domowym Steinwayu.

PRZYSTANEK@KRAKÓW

odwiedzam w dniu pięknego kazania na Skałce. Temat: o talentach. Ksiądz mówi z ambony, żeby nie patrzeć na innych, żeby się nie porównywać, bo to niczemu nie sluży, że pan bóg każdemu z nas dał wystarcząjaco dużo talentów, byśmy skupili się na własnych rozwijaniu, a nie na cudzych krytykowaniu. Że każdy może być Miłoszem czy Picassem.
Potem sama chodzę w podziemiach Skałki; jakże to dobra ilustracja do dnia Talentow, chodzę w podziemiach Skałki i dotykam grobów największych polskich talentów - Miłosza, Malczewskiego i Szymanowskiego. Wyspiańskiego.


Potem idę na Boznańską. Była tym dla dziewiętnastego wieku Paryża, jak Vigee LeBrun sto lat wcześniej. Portrecistka. Do klienteli należeli inni artyści, znajomi, osoby z socjety, dzieci. Wystawa jest – to widać od razu – genialna! Sposób ekspozycji, oświetlenie, aranżacja i poziom artystyczny powodują, że nie ma żadnej różnicy pomiędzy d’Orsayem, a wystawą w Krakowie. W Luwrze byłam zła, że nie ma „Infantki” Velasqueza. A ona jest w Krakowie! Jedna z najsłynniejszych księżniczek z Luwru, towarzyszy dziewczynkom Boznańskiej z chryzantemami, dziewczynkom w kapeluszu, znanym i nieznanym XIX wieku, możnym i niemożnym, zakonnicom i malarkom, dziełom, z których kilka wisi na codzień w d’ Orsay.

Idę uliczkami magicznego Kazimierza, jem coś mało żydowskiego i mało arabskiego w przereklamowanym barze Hamsa (humus jest suchy, stolik brudny a i niegrzeczny jest też pan kelner bardzo), by znaleźć przystań w najstarszej księgarni w Polsce.


W Sali, gdzie, tak po galicyjsku, fruwają duch Miłosza i Szymborskiej, w księgarni Matras przy krakowskim Rynku nagle wszystko co ma w życiu sens, czyli zdrowie, miłość, sztuka i książki, a nawet koty i dobre wino nagle nabiera absolutnej i adekwatnej do Galicji oczywistości.




c.d.n.
Trwa ładowanie komentarzy...