O autorze
Nike Farida, Polka, która wychowała się w Libii.Chodziła do libijskiej szkoły dla dziewcząt, skąd ją relegowano, bo nie salutowała Kadafiemu. Studiowała historię sztuki na Uniwersytecie Warszawskim i w Londynie. Pracowała w branży PR i w amerykańskich korporacjach, m.in. w Warner Bros. Mieszka w Warszawie i w Londynie. „Panna Młoda” jest jej pierwszą książką i zarazem pierwszą częścią trylogii opowiadającej o wielopokoleniowej rodzinie, z Libią, Izraelem i Stanami Zjednoczonymi w tle. Kocha gotować i podróżować. Nie umie żyć bez pisania, czytania, sztuki i Morza Śródziemnego.

Polak burmistrzem Londynu? Tuż przed ewentualnym Brexitem

5 maja - w cieniu Brexitu - odbywają się wybory na burmistrza Londynu. Mamy wyrazistego polskiego kandydata. 23 czerwca - referendum decydujące o przyszłości Polaków w "17-tym województwie" - Wielka Brytania decyduje, czy jest za pozostaniem w Unii.

5 maja, tuż po długim weekendzie majowym, wszyscy Londyńczycy, w tym Polacy, mają prawo do wyboru następcy Borysa Johnsona.



Po raz pierwszy w historii Anglii o fotel burmistrza stolicy ubiega się Polak, Jan Żyliński i ma spore szanse. W swoim programie wyborczym podkreślił, że chce zadbać o sprawy polskie, m.in. o dostrzeżenie potężnej polskiej społeczności i przywrócenia jej miejsca na mapie Londynu, zwiększenie integracji Anglików z mniejszościami narodowymi, i przywrócenie pamięci o bohaterstwie lotników w Bitwie o Anglię.

W ulotce, którę przyniosła mi poczta widnieje na miejscu ostatnim, 12. Książę Jan Żyliński.


Zasłynął, kiedy wyzwał w zeszłym roku na pojedynek Farage’a, lidera UKIP-u, który głosił jawnie szowinistyczne hasła przeciwko Polakom. Żyliński, powołujący się na swoje arystokratyczne korzenie, jawnie obnoszący się z bogactwem, budzi skrajnie kontrowersyjne odczucia, zarówno pomiędzy Brytyjczykami, jak i Polakami. Nie podoba się rozmach jego rezydencji kapiącej od złota, wybudowanej w sercu polskiego Londynu, w dzielnicy Ealing, na Hammersmith, zwanej Białym Domem. Fasada, dość pompatyczna, nawiązująca stylistycznie do angielskiego i polskiego klasycyzmu. Na pewno nie została zaprojektowana w biurze najsłynniejszej, niedawno zmarłej, architektki brytyjskiej o irackich korzeniach, Zahy Hadid. Ale robi wrażenie i jest ośrodkiem polskiej kultury. Organizowane są tu koncerty, przyjęcia, na których spotkamy i koronowane głowy i typowych Londyńczyków. Podczas wywiadu dla kanału ITV Żyliński z zapałem otwierał ubrane w złote pancerze lodówki, pokazywał swój szczerozłoty „jedyny w Londynie” fortepian.

U wielu pasja księcia wywołuje uśmiech pobłażania (jest on amatorem baletu i sam występuje w przedstawieniach, ubrany w fikuśne tiule i koronki). Jednak, jak pokazuje wywiad w ITV, Żyliński ma dobrą prasę.

Wywiad w ITV z Janem Żylińskim

Zaprzyjaźniona młoda energiczna Polka, odnosząca tu spore korporacyjne sukcesy, mówi: „Zobacz, te wybory to jest historyczny moment dla nas Polaków w Londynie. Odkąd, po Jałcie, zostało tu tylu Polaków walczących na wszystkich frontach świata o „wolność naszą i waszą”, to pierwszy przykład, kiedy ktokolwiek z nas zaszedł politycznie tak wysoko. To moment historyczny dla Polski, to jakby Polska podniosła się z kolan mówiąc nam donośnie: "Jesteśmy. Mimo, że jest nas tylu, mimo, że niektórzy z nas są wybitni w swoich dziedzinach, obszarach działania, nikt nigdy nie zaszedł tak daleko. I wszyscy mieszkający w Londynie, ponad podziałami, powinniśmy zagłosować właśnie na niego”.

Jego życiorys jest niezwykle barwny. Pochodzi ze znanej rodziny arystokratycznej, jego przodkowi zawdzięczamy zwycięstwo w bitwie pod Kałuszynem. Jego rodzina podczas wojny i "komuny" straciła wszystko. Obiecał jednak swojej mamie, że wszystko odzyska i odbuduje. Odbudował. Z nawiązką prowadząc firmę budowlaną i budując imperium finansowe od „zera do milionera”. Ma też szansę na rozbudowanie Londynu, gdzie lepiej będą też się czuły mniejszości narodowe.

Przyjrzyjmy się innym kandydatom
Powszechną sympatię budzi reprezentantka partii Zielonych, Sian Rebecca Berry. Chce przywrócić Londynowi, w którym zabija nas nadmiar smogu i spalin, zielone płuca i bezpieczniejsze ścieżki dla rowerzystów.

Główna stawka toczy się pomiędzy kandydatem konserwatywnym – Zakiem Goldsmithem i laburzystą z Tooting – Sadiqem Khanem. Największe szanse ma przedstawiciel konserwatystów, młody (rocznik ’75), rzutki, przystojny Zach Goldsmith. Tym bardziej, że popiera go obecny burmistrz, bardzo popularny, Boris Johnson. Gwarantuje lepszą komunikację (chociaż jest ona naprawdę jest świetna), dofinansowanie mniej zamożnych gmin oraz więcej tanich mieszkań.

Program obiecujący, ale inna, znajoma Polka, która przebywa tu tyle lat ile my w Unii (12), mówi, że Boris Johnson jawnie popiera Brexit. Wspomina, że kiedy ubiegał się o stanowisko burmistrza Londynu, słał do niej listy po polsku z prośbą o oddanie głosu. Teraz Boris Johnson - dotychczasowy największy współpracownik Camerona - stał się największym orędownikiem Brexitu. „On chciałby, aby wszyscy Polacy "wrócili do domu". Borys Johnson, który popiera Goldsmitha, chce Brexitu. O nie, nie oddam głosu na Zacha” - mówi stanowczo.

Brexit, czyli „wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej” zajmuje nagłówki gazet londyńskich. I tak będzie do 23 czerwca 2016, do referendum, w którym zostanie zadane jedno pytanie - z możliwością odpowiedzi na TAK lub NIE.

„Czy jesteś za tym, by Wielka Brytania pozostała w Unii?”

Ostatnie badania, zrobione tuż przed długim weekendem, mówią, że jest niemal „fifty-fifty". 46% chce wyjść, podczas, gdy 49% zostać.

A co na to Polacy mieszkający w Londynie?
W dniu 90. urodzin Królowej Elżbiety, który wielu z nas zapamiętało też jako dzień śmierci Prince'a, w miejscu szczególnym dla nas na mapie Londynu, w Ognisku Polskim, odbyła się debata na temat Brexitu.

Ognisko Polskie, jest położone niemal vis a vis jednego z najciekawszych muzeów w Londynie, V&A (Victoria and Albert), gdzie spotkamy najpiękniejsze okazy światowej sztuki użytkowej.

Miejsce zostało przekazane przez rząd Churchilla jako dar dla polskich oficerów. Tu swoje stoliki mieli generał Maczek, Anders czy Prezydent na Uchodźstwie, Ryszard Kaczorowski. Po wojnie, na której frontach tylu naszych żołnierzy walczyło, przelewając krew. Po wojnie, kiedy tylu wspaniałych Polaków doznało szoku, słusznie czując się oszukanym przez okrutny podziałem Europy, który pogrążył Polskę w mroku komunizmu na pół wieku. (O tej Polonii też piszę w moich książkach, w „Pannie Młodej" i w niedawno wydanej „Żonie”).

Kilka moich ciotek, walczących w Armii Andersa, nigdy po wojnie nie wróciło do Polski, kiedy je odwiedzam, mam wrażenie, że jestem w centrum polskiego Londynu. Tyle tu polskich książek, popiersi Piłsudskiego, portretów Sikorskiego, Papieża Jana Pawła II, obrazów Kossaka. Podobnie jest w Ognisku Polskim, które słynie z organizacji wydarzeń z dziedziny sztuki, kultury, działań patriotycznych, na rzecz budowania pozytywnego wizerunku Polaka w UK. Dzisiaj dodatkowo jest tam przyzwoita restauracja, gdzie można się uraczyć pierogami, żurkiem czy barszczykiem.

Organizatorzy debaty to United Poles, prężna grupa młodych Polaków wywodzących się z polskich rodzin w Anglii, działająca na rzecz lobbyingu spraw polskich w angielskich strukturach parlamentarnych i mediach. Byłam pod wrażeniem jak ładnie posługiwał się językiem polskim, jeden z ich liderów, George Byczyński.

W Londynie przebywać może ok. 2 milionów Polaków, a w Anglii ok. 4 milionów. Jak głoszą badania, poza dużą grupą, która przyjechała w ciągu ostatniej dekady, są to też rodziny pozostałe po Jałcie i fala emigracyjna stanu wojennego. Londyn rozbrzmiewa polskim językiem, który jest tu drugim najpowszechniej używanym po angielskim. Są polskie kościoły, sklepy, kliniki, odbywają się polskie przedstawienia i koncerty.

Osobiście wraz z polskimi pisarzami i wydawcami ufundowaliśmy dział z polską książką w jednej z najstarszych londyńskich bibliotek – Tate Library zbierając ponad sto tytułów jako zaczątek uzupełnianego księgozbioru.

W dniu flagi, 2 maja, w sercu Londynu, na polsko-angielskim evencie bawiło się kilkanaście tysięcy Polaków. Wielu z nich było na debacie United Poles.

Gośćmi spotkania było kilku angielskich ekspertów unijnych. Rozmawiano o tym, czy Anglia wyjdzie z Unii i jakie, jeśli będą konsekwencje dla Polski. Profesorka z Cambridge precyzyjnie wyjaśniła, że jest to bardzo prawdopodobne, jako, że w badaniach wychodzi fifty - fifty, a do referendum zostało tylko 64 dni.

Objaśniała, że wyjście może odbyć się na zasadach; norweskiej (nic się nie zmienia, jedynie deklaratywne odejście, brak udziału przedstawicieli UK na unijnych szczytach), szwajcarskiej (niby razem, ale osobno), tureckiej - czyli całkowitej.

Podkreślała, że byłby to precedens, bo nikt jeszcze z Unii nie wyszedł, ostrzegała, że skutki – ekonomiczne i moralne są niepowetowane i nie zatrzymają rozkładu tego, co udało się zbudować Polakom w Unii tak, że Londyn nazywany jest "17-tym województwem".

Należy docenić inicjatywę United Poles zorganizowania debaty w tak ważnych sprawach dla Polski. Ich entuzjazm jest zaraźliwy, że wybaczam im nawet poważne błędy organizacyjne, do których zaliczam brak przygotowania profesjonalnych materiałów prasowych.

Zabrakło polskich panelistów
Do błędów organizacyjnych zaliczyłabym wybranie daty Urodzin Królowej Elżbiety II oraz nawet nie zająknięcie się na ten temat, (o śmierci Prince’ a nie wspomniawszy).

Media nie dopisały na tej debacie, a szkoda. Śmierć jednego z najwybitniejszych muzyków w dziejach świata spowodowała, że prasa brytyjska na czołowych stronach nie zajęła się następnego dnia debatą, a nawet też wspaniałą Jubilatką, ale przeglądem dokonań artysty zwanego Księciem.

Na szczególny plus zaliczyć należy obecność wielu angielskich gości wprawionych w debatach parlamentarnych, stąd sala przy Princess Gate 55 rozbrzmiewała czasem charakterystycznymi pomrukami niezadowolenia, czy rozbawienia. (Mój syn ma w szkole zajęcia, przygotowujące do takich debat w szkole - to uczy kultury wypowiedzi.)

Ekspertka wypunktowała, jakie będą dojmujące skutki Brexitu dla Polaków. Rodacy od nowa wybierając się na Wyspy musieliby ubiegać się o wizy. Polskie dzieci nie mogłyby korzystać bezpłatnie ze znakomitego systemu brytyjskiej edukacji. Polacy nie mieliby też prawa do korzystania z publicznej służby zdrowia, nie wspominając o dostępie do bogatego angielskiego socjalu i benefitów.

Eskpert biznesowy podkreślał fakty świadczące o tym, że dzięki Brexitowi angielska gospodarka wzmocniła się i jest obecnie unijną potęgą ekonomiczną, zaś z wyjściem może to utracić.

Znana malarka londyńska, Barbara Kaczmarowska–Hamilton zapytała, który kraj unijny powoduje największy wzrost gospodarczy Anglii, okazało się, że to Polska.

Pracujący poprzednio w Parlamencie ekspert podkreślał, ze jeden z najwybitniejszych brytyjskich przedsiębiorców, John Osborne, opierał rozwój gospodarczy na zwiększaniu potencjału gospodarczego poprzez migrantów, który jego zdaniem winien być wynieść do 2020 do 3 milionów miejsc pracy. Wśród nich gros winni stanowić Polacy. Polacy w Anglii to nie tylko przystojni i skuteczni hydraulicy czy budowlańcy, są tu też znakomici lekarze, pielęgniarki, dentyści, inżynierowie, nauczyciele. Mają doskonałą opinię i renomę. Nic dziwnego.

Oto z życia wzięta historia w tle z polskim hydraulikiem. Psuje się pralka, przywieziona z Polski. Angielski hydraulik zostaje zaszokowany wiadomością, że urządzenie nie zostało kupione na terenie UK. Przez 15 minut dzwoni i szuka rozwiązania w jakich strukturach może rozliczyć swoją usługę – czy w ramach ubezpieczenia, które nam się należy ze względu na dostawcę gazu, czy sami musimy zapłacić. Potem żąda instrukcji obsługi (nie mam) i ewentualnie karty gwarancyjnej (też nie mam). Kolejne 15 minut przymierza się do naprawy. Patrzy i patrzy. Zapowiada, że wróci, jeśli potwierdzę, że ma przyjąć, że przyniesie stosowne narzędzia, których nie ma dzisiaj i przestudiuje typ tej znakomitej turbomaszyny rodem z Niemiec. Koszt ma wynieść około 100 funtów (cena nowej najtańszej pralki). Jest przy tym wszystkim bardzo miły, uprzejmy i sprawia wrażenie zagubionego. Wezwany naprędce polski hydraulik, przystojny oczywiście, jak główny bohater z serialu „Gotowe na wszystko”, otworzył dużą torbę, zrobił co trzeba. Pogadał uprzejmie chwilę o doli polskiego hydraulika w Londynie, ponarzekał na pogodę, wstał otrzepał ręce o drelichowe spodnie i powiedział „zrobione”. 20 minut, 30 funtów, z gwarancją. Wychodząc jeszcze spojrzał na mnie z uśmiechem, którym błysnął niczym Johnny Brawo i powiedział „Oh mama, ale pani ma gadane, jak pani tak pisze jak gada, to ja mogę obiecać, że zacznę czytanie od pani książek”.

Po wyjściu z Unii znowu może stać się udziałem Polaków koszmar pozyskania wizy. Anglia znana jest z surowych procedur imigracyjnych. Trzeba mieć zaproszenie, które trzeba złożyć w konsulacie. Następnie udać się na interview z konsulem. Następnie czekać na przyznanie promesy (przyrzeczenia wizy). Po locie trzeba było stać w kolejce do urzędnika, który poddawał jeszcze serii pytań krzyżowych, czy aby na pewno zna się zapraszającego, co zamierza się robić w Anglii i czy nie zamierza się pracować. Oczywiście najpoważniejszą ekonomicznie przeszkodą po wyjściu z Unii może być fakt, że Polacy nie będą mogli pracować na terenie Anglii a podjęcie zatrudnienia będzie groziło deportacją.

W sesji pytań wysłuchałam jeszcze wschodzącej gwiazdy londyńskiej palestry, syna twórczyni znanego teatru, który stwierdził, że wielu przestępców z Polski ukrywa się właśnie w Anglii. Teraz ich deportacja do polskich sądów trwa z dnia na dzień, dzięki unijnym dyrektywom. Po wyjściu z Unii procedury będą trwały dniami a nawet latami, wysokie koszty poniesie brytyjski podatnik.

Na co zwrócił uwagę urodzony w Londynie Witold Moszczyński; Polacy i inni członkowie Unii zostaną pozbawieni prawa do bezpłatnej edukacji, służby zdrowia.

Dodajmy, wielu z nich może być zmuszonych do wyjazdu, czyli jest możliwy scenariusz kolejnego potężnego kryzysu uchodźczego, kiedy inny, bliskowschodni trwa tu i teraz.

Debata zakończyła się apelem o wzmożenie działań edukacyjnych wobec polskiego społeczeństwa na temat Brexitu, do polskich mediów o wsparcie sprawy Polaków na Wyspach oraz wzmożenia działań wobec angielskiego parlamentu.

Polska jest ważnym partnerem i dla Anglii, generuje najwyższy obrót i stanowiła wyzwanie dla programu wyborczego Camerona, który zapowiadał, że jeśli wygra wybory, a wygrał) zorganizuje referendum na temat Brexitu. Po spotkaniu z Premier Szydło, kiedy ta zrzekła się w najbardziej kontrowersyjnej sprawie ulec Anglii, Cameron ogłosił, że popiera pozostanie w strukturach unijnych.

O co chodziło w "polsko - angielskim" sporze benefitowym?
W Anglii do 16 roku każde dziecko to „święta istota” dla systemu. Trzeba na nią chuchać, dmuchać, stworzyć najlepsze warunki dla edukacji, rozwoju, zdrowia. Jest ono i rodzice otoczeni nieprawdopodobną opieką ze strony państwa, co ujawnia się między innymi w fakcie, że wszystkie leki są darmowe (wszystkie powtarzam – i witamina "C" i skomplikowane drogie terapie np. na astmę).

Świetna i powszechna jest bezpłatna edukacja, w Anglii wszystkie podręczniki są darmowe, wszystkie pomoce naukowe. Dzieci z innych krajów są otoczone opieką podczas okresu adaptacyjnego, mają dodatkowych nauczycieli i opiekę, pomoc z nauką języka.
Każde dziecko – czy bogate czy biedne otrzymuje od państwa benefit w wysokości 20 funtów tygodniowo. Oczywiście takie uposażenie może wzrosnąć do wielokrotności tej kwoty, jeśli rodzice wykażą bezrobocie, kłopoty zdrowotne, niskie dochody). Cameronowi nie podobało się, ze z tych benefitów korzystają dzieci, które mieszkają w Polsce, więc rodzice zarabiających na terenie UK, nie łożą na nie w Wielkiej Brytanii. I premier Szydło ugięła się, czego Cameron nie osiągnął z poprzednimi rządami.

5 maja wybory na burmistrza Londynu. I po raz pierwszy na niej polskie nazwisko. To zależy to wyłącznie do nas, Polaków w Londynie, czy chcemy mieć polskiego Burmistrza, który jest jednocześnie tak bardzo "British", otwarty na wielokulturowowość Londynu, podkreślający piękne karty historii Anglii jak "Battle of Britain" czy dzieje kolekcji sztuki w Dulwich, zapoczatkowanej jako zbiór Stanisława Augusta Poniatowskiego.

23 czerwca mamy referendum na temat Brexitu i wiele polskich nazwisk może zniknąć. Miejmy też nadzieję, że potem a nie zaroi się od czarnych nagłówków w prasie brytyjskiej z napisem „Poles Go Home”.

Aby się tak nie stało, wiele jeszcze zależy od nas. I od polskich mediów.
Trwa ładowanie komentarzy...